Powrót po latach niebytu...

Bardzo długo zastanawiałam się, co począć z tym moim blogiem...
Jakoś nie potrafiłam ostatecznie się pożegnać i zamknąć ten etap mojego życia. Bo pisanie dało mi naprawdę dużo. Mówię o korzyściach niewymiernych, gdyż finansowych żadnych nie było :) 

Guerlain Meteorites Perles i ja.



Najpierw naczytałam się o ich cudnych właściwościach upiększających. A że do upiększenia mnie potrzeba cudu, to zapłonęłam chęcią posiadania magicznych kuleczek. Okiem wyobraźni widziałam siebie odmienioną, zachwycającą i powalającą z nóg! Że też wcześniej o nich nie usłyszałam!!! Co tam geny i codzienny widok z lustra, skoro teraz wszystko zostanie zmiękczone i "sfotoszopowane". Tak niewiele trzeba, by zobaczyć w sobie miss świata! 200 zł z kawałkiem i można patrzeć teraz na świat piękniejszym licem:)





Odwiedziłam Sephorę i z drżącym sercem wybrałam moje pierwsze pudełko Meteorytów. Zdecydowałam się na odcień 03- Teint Dore. Umiziałam się w domu po całej buzi, spojrzałam z nieśmiało i z nadzieją, bojąc się mojej reakcji na widok nowej, piękniejszej siebie i co? I nic! To znaczy był efekt, a i owszem- błyszczałam się niemiłosiernie. No ale akurat był karnawał, to przynajmniej pasowało:)




Pierwsze koty za płoty, zmieniłam taktykę. Nakładałam delikatnie na wybrane miejsca. Omijałam strefę T, aby dodatkowo jej naturalnego świecenia się nie podkreślać. No i nic. Znów tylko brokat. Zmieniałam pędzle, sposób nakładania pudru na pędzel a potem na twarz. Kupowałam kolejne pudełka limitek z nadzieją, że może akurat one bardziej mi podpasują. No niestety, kupowałam i po chwili odsprzedawałam.





Zostawiłam sobie jedynie połowę Perles du Dragon i wymieszałam z Teint Dore. Kolorystycznie wyszło bardzo ładnie, już tak brokatem nie świeciłam. Ale co z tego, skoro podstawowego zdania Meteorki nie spełniały- nie upiększyły mnie. Niedobre takie;)






Post ten piszę dla osób, które po raz pierwszy chcą sprawić sobie miły prezent w postaci ślicznego pudełeczka z pachnącą fiołkami zawartością. Miejcie na uwadze, że nie wszyscy są zadowoleni z efektu kulek. Życzę wam, abyście znaleźli się w grupie szczęśliwców, z którymi cuda wyprawiają Meteorki, ale jeśli wam nie podpasują, to nie przejmujcie się! Miss Świata są już dostatecznie piękne i po prostu Guerlain jest tutaj zbyteczny.






Właśnie doszłam do takich wniosków i wrzucam moje kulasy na bazarek, a później na Allegro. Niech szukają domu, w którym będą czczone i kochane. U mnie tych uczuć nie zaznały.




Borghese Fango - Active Mud - jak ja cię kocham!!!

Oj, moja tłusta cera daje mi popalić. Codziennie od wielu (eh...) lat toczę z nią nierówną walkę. Raz udaje mi się odnieść choćby mały sukces i zawsze jestem z tego powodu szczęśliwa; innym razem przegrywam z kretesem, a twarz zyje własnym, anarchistycznym życiem.

Jedynym moim pocieszeniem, a w sumie nadzieją na nadchodzącą w zastraszającym tempie starość, jest zdanie, które kiedyś usłyszałam w jakimś programie urodowym- tłusta cera ma mniejsze skłonności do zmarszczek. Trzymam się tego jak ślepy kulawego i nie interesują mnie fakty! Ma tak być i już:) Przecież całe zycie nie może być źle, kiedyś trzeba zacząć cieszyć się tym, co nam natura dała. W moim przypadku będzie to radość z baardzo opóźnionym zapłonem:)

Tłustą cerę trzeba traktować z miłością, troskliwością i czułością. W ramach tych uczuć kupiłam już dość dawno killera od Borghese:) I traktuję nią mojego pysiaka namiętnie. Przy regularności, do której niestety skłonności mi brak, maska stara się jak może, abym choć w małym stopniu była zadowolona z widoku w lustrze. I udaje się jej to!!!




Błotko kupiłam w dużej pojemności - 430ml. W opakowaniu oprócz słoja z kosmetykiem znalazłam gąbkę. Za jej pomocą zmywam maskę z twarzy. Idealnie się do tego nadaje. Szybko i dokładnie usuwamy wszystkie pozostałości. Łatwo ją oczyścić i szybko schnie. Na pewno ułatwia stosowanie tego kosmetyku.





Maska jest zamknieta w dużym i ciężkim szklanym słoju, zamykanym tak jak weki. Szeroki otwór bardzo ułatwia dobywanie specyfiku.


 


Kolor Active Mud dokładnie oddaje jego nazwę- błoto w pełnym wydaniu. Ciemnozielony kolor skutecznie robi ze mnie potwora :) Ale ze względu na końcowe rezultaty nie zważam na krótkotrwałe i uboczne efekty. Choć rozbawienie jakie gości na twarzy męża i dzieci jest cenne i lubię zapewnić im tę odrobinę dobrego humoru:)




Błoto jest gęste i nie spływa z twarzy. Aplikacja jest bardzo łatwa, bo przyjemna to raczej nie:)

Maskę stosuję (jeśli akurat jestem systematyczna- czyli jak sobie o tej systematyczności przypomnę) dwa razy w tygodniu. Nakładam ją na umytą twarz i trzymam przez około 5-7 minut. Na początku odczuwam ciepło i delikatne szczypanie, które szybko ustępuje. Po zmyciu w niektórych miejscach moja buzia jest zaczerwieniona, ale i ten efekt szybko mija. Trzeba tylko pamiętać, aby na twarz później nałożyć coś delikatnego. Zbyt agresywny kosmetyk może nam nieźle podrażnić twarz. Wiem ,co mówię- niestety przetestowałam to na sobie i przez kilka dni miałam rozpaloną do czerwoności twarz.




Efekty:
  • doskonale oczyszczone pory;
  • delikatne ich zwężenie- systematyczność jest tutaj istotna;
  • zaleczone niespodzianki- na początku ropne gule mogą się pojawić, Fango wyciąga wszystkie syfy na zewnątrz
  • buźka nieco mniej się przetłuszcza

Borghese Fango spełnia swoje zadanie i na pewno zagości na stałe w mojej łazience. Ważna jest tutaj jednak systematyczność.  Polecam ten produkt zwłaszcza osobom z cerą mieszaną w kierunku tłustej.


 

Skład:
Water (Aqua), Bentonite, Propylene Glycol, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Sea Salt (Maris Sal), Fragrance (Parfum), Hydrolyzed Collagen Hyaluronic Acid, Collagen Amino Acids, Denosine Triphosphate, Mineral Salts, Polysorbate 20, Magnesium Aluminum Silicate, Cellulose Gum, Hydroxyethylcellulose, Trisodium EDTA, Talc, Fuller's Earth (Solum Fullonum), Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Citronellol, Coumarin, Geraniol, Linalool, Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499), Chromium Oxide Greens (CI 77288), Titanium Dioxide (CI 77891)

Naturalny Filtr - John Masters Organics Suncare spf 30 - hit czy kit?


Ostatnio bardzo ciągnie mnie w stronę kosmetyków naturalnych. Unikam drogeryjnych produktów napakowanych chemią i silikonami z nadzieją, że natura okaże swą moc i uczyni mnie piękniejszą. A przynajmniej bardziej zadbaną:)

Część produktów bardzo mi odpowiada i mam przy nich zamiar pozostać, ciesząc się ich dobrodziejstwem. Z innymi niestety nie potrafię się dogadać i raczej porzucę zamiar ich dalszego testowania.

Filtrów  używam zawsze. Słabsze czy mocniejsze, ale wiernie towarzyszą mi od lat. Do piegów się przyzwyczaiłam:) Całe życie z nimi obcuję, zniknąć nie mają zamiaru, więc doszłam do wniosków, że trzeba je polubić. Natomiast plam posłonecznych nie cierpię. Bez filtrów moja twarz jest bardzo narażona na ich powstanie. Wolę zapobiegać, bo wiem jak długo trwa ich usuwanie. Kilka lat męczyłam się z plamą na czole. Na szczęście batalia zakończyła się pomyślnie i paskuda zniknęła.

Skusiłam się na filtrowego hiciora wśród ekomaniaczek. John Masters Organic- ileż ja się naczytałam o tym cudzie. Wreszcie kupiłam, stosuję. Czy stał się i dla mnie wybawieniem, o tym dalej:)



Zgodnie z trendami eko, krem został zamknięty w szklanym opakowaniu o aptecznej, brązowej barwie. Buteleczka dodatkowo znajdowała się w szarym kartoniku. Wszystko te szczegóły mają nam pokazać, że firma przestrzega zasad dbania o środowisko. Recykling, wspomnienia z apteki, kosmetyk naturalny... czyż to nie sprawia, że widzimy dany produkt bardziej ekologiczny, niż jest w rzeczywistości? O wiele łatwiej sięgnąć nam do portfela i wydać około 145 zł. Oczywiście zawsze możemy zapolować na wyprzedaż w Marionnaudzie (póki jeszcze jest:), ale nie zmienia to faktu, że firma sobie liczy słono za swoje produkty.

Sama butelka jest ciężka, ryzyko rozbicia w łazienkowe kafelki jest spore. Naprawdę nie lubię szkła w łazience, od razu mam wizje pokaleczonych, krwawiących stóp. Dlaczego producenci wciąż upierają się przy tym szkle. :/





Do samego kosmetyku dobieramy się za pomocą pompki, która dodatkowo jest zabezpieczona plastikową zakrętką. W pojemniku znajdziemy 59ml produktu. Przeważnie producenci filtry umieszczają w opakowaniach 30-40 ml, więc jest to plus dla JMO. Relatywnie cena jest wówczas niższa, jeśli spojrzymy okiem porównawczym. Co nie znaczy, że niska :)

Krem jest biały, niezbyt gęsty, ale za to bardzo treściwy. Oprócz filtrów mineralnych mamy tutaj aloes, jojoba, zieloną herbatę, masło Thea. Wszystko to sprawia, że pod sam filtr już nic więcej nie musimy nakładać, a nasza buzia nie odczuwa żadnego dyskomfortu, wręcz przeciwnie- kremik super  pielęgnuje. Moja twarz wygląda o niebo lepiej odkąd zaczęłam regularnie go stosować. Brak jakichkolwiek podrażnień, zaczerwienień, nie zauważyłam wysypu. Bardzo się obawiałam, że mnie wypryszczy, a tu taka niespodzianka. Jednak muszę napisać, że moja córa po posmarowaniu się tym minerałkiem, zrobiła się cała czerwona na twarzy. W jej przypadku nastąpiła porażka już po pierwszym zastosowaniu. No, ale ona ma bardzo wrażliwą skórę. Dla osób bardziej odpornych, to będzie bardzo miły produkt.





Po nałożeniu filtra na twarz uzyskujemy wygląd gejszy. Jest to jednak proces krótkotrwały i już po chwili wszystko ładnie się wchłonęło. Chciałabym napisać, że nieomal do matu, jednak w moim przypadku użycie określenia satynowy błysk, również jest nadużyciem. Świecę się jak wiadomo co i nic tego błysku nie jest w stanie zniwelować. Po nałożeniu podkładu w bardzo ostrożny sposób, żeby nie zetrzeć warstwy filtra, przez pewien czas buzia opanowuje nadmiar błysku. Jednak po góra dwóch godzinach mój nos, czoło i broda wyglądają jakbym jadła bez użycia rąk ogromną pajdę chleba posmarowaną smalcem. Co gorsza na pozostałych częściach twarzy podkład zaczyna się bardzo nieładnie ważyć. Wygląda to naprawdę nieciekawie.




Mam mieszaną cerę w kierunku tłustej, podejrzewam, że osoby o suchej skórze będą bardzo zadowolone z tego produktu, bo jego właściwości pielęgnacyjne w połączeniu z działaniem ochronnym są nie do przecenienia.

Myślę, że warto przetestować ten krem przed zakupem. W Marionnaudzie można zdobyć próbki. Jest to naprawdę godny polecenia produkt dla osób, które nie borykają się z przetłuszczającą cerą. Ja się poddaję. Zużyłam niecałe ¼ opakowania i już wiem, że nie polubimy się. Puszczam go w świat. Na razie ląduje na moim bazarku, a niebawem na Allegro. Ja i on- z tego miłości nie będzie:(

Skład:
Filtry mineralne: Titanium Dioxide 7,5%, Zinc Oxide 5,0%;
Aqua (Water), Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice,* Capric Caprylic Triglycerides, Ethyl Hexyl Palmitate, Glyceryl Stearate, Glycerin, Cetyl Alcohol, Jojoba Oil,* Shea Butter,* Panthenol, Tocopherol Acetate, Allantoin, Sodium Pca, Green Tea Extract,* Magnesium Aluminum Silicate, Hyaluronic Acid, Calendula Extract,* Ethyl Hexyl Glycerin, Benzyl Alcohol

Nowości, które pokochałam :)

Muszę się pochwalić. Ostatnio mam bardzo dobrą rękę do zakupów. Cokolwiek kupię, zachwyca mnie. A raczej trudno mnie zadowolić :) Moimi największymi hiciorami są naturalne mydełka od Pat&Rub oraz Róż Chanel i pomadka Diora.

Ogólnie nie lubię mydeł w kostce. Do tej pory myłam twarz żelem Babydream. Nie wysuszał, nie podrażniał, dobrze oczyszczał. Czyli spełniał swoje podstawowe funkcje bez szkody na mojej cerze. Jednak producent chyba nieco zmienił skład, bo zarówno mnie jak i moim córciom-wrażliwcom zaczęły pojawiać się suche placki na twarzy. Moja młodsza została najbardziej poszkodowana. Toteż BD poszedł w odstawkę i teraz myjemy się mydełkami P&R. Jesteśmy bardzo zadowolone:)


Kolorówka również skradła moje serce. Potrzebowałam bardzo naturalnej szminki do mocnego oka i znalazłam. Jest po prostu cudna. Jest, a jakby jej nie było. Lubię takie kosmetyki, które podkreślają urodę pozostając w cieniu.

A róż Chanel musiałam mieć, gdy zobaczyłam do w Sephorze. Jest śliczny i jest mój:)

Każdy z tych kosmetyków wymaga osobnego posta i niedługo je przygotuję. Na razie musiałam podzielić się swoją radością z ich posiadania:)




Moje kosmetyczne DDD.

Dzień Darmowej Dostawy miała miejsce 2 grudnia, a wczoraj dostałam ostatnie zamówienie. Nie uwzględniłam go na tych fotkach. Nie wszystkie firmy biorące udział w DDD, poradziły sobie ze zwiększoną ilością zamówień. Ponad tydzień oczekiwania na wysyłkę to naprawdę dużo. Z kilku zakupów zrezygnowałam ze względu na niezastosowanie się sklepów do Regulaminu DDD. Mimo "darmowej" wysyłki sklepy wciąż naliczały koszta wysyłki. Część skorzystała z możliwości ustawienia limitu zamówienia na 20 zł i to było zgodne z regulaminem.

Jednak kilka sklepów, na które natrafiłam, ustaliły minimalną kwotę zamówienia na np 180 zł, co całkowicie nie zgadzało się z koncepcją DDD. Oczywiście za każdym razem wysyłałam maila do sklepu, aby raczyli przestrzegać regulaminu. I nie powiem, kilka firm zaraz poprawiło niedopatrzenie. Ale niektóre sklepy całkowicie zignorowało i mnie i całą akcję DDD. Do takich firm niestety zaliczyć muszę polskiego dystrybutora BeautyBlendera. Strzeliłam fochem i nie zamówiłam jajeczka. Zrobię to później, bo nie wyobrażam sobie codziennego makijażu bez pomocy różowej gąbeczki:)Ale dla zasady w DDD nie pokusiłam się na zakup.

Ogólnie moja zrealizowana lista zdecydowanie się różni od listy chciejstw. W takcie zmieniły mi się potrzeby lub po prostu zapomniałam kupić to co zamierzałam:) 

Oprócz tych kosmetyków zamówiłam jeszcze czarną maskę do włosów i kilka rzeczy niekosmetycznych. Ale o tym innym razem:)






Matujący filtr od Biodermy - Photoderm AKN Mat SPF 30

Niezmiennym składnikiem mojej całorocznej pielęgnacji jest krem z filtrami. Mam bardzo wrażliwą i delikatną skórę reagującą uczuleniem na Słońce. Pobyt bez ochrony na świeżym powietrzu powoduje oprócz piegów, wysypkę oraz świąd. Czasem po dniu spędzonym z niedostatecznym zabezpieczeniem, noc spędzam na niekontrolowanym drapaniu się i rano wyglądam jakbym w krzaki jeżyn wpadła. Tak więc nie ma wyjścia, filtr to podstawa i poniżej 30 spf nie schodzę.

Każdy, kto choć raz miał do czynienia z filtrami, wie jak trudny jest to kosmetyk. Trudny w dopasowaniu do potrzeb cery, do jej typu oraz naszych wymagań względem efektów jakie chcemy uzyskać. Nie ma co się oszukiwać, całkowitego matu na twarzy nie uzyskamy stosując filtry. Trzeba znaleźć własny sposób na obłaskawienie tego typu kosmetyków.

Latem poniżej spf50 nie schodzę, ale wraz z jesienią przerzucam się na słabszą ochronnę. Tym razem kupiłam Biodermę o właściwościach matujących. Nie liczyłam na całkowite zmatowienie, ale miałam nadzieję, ze choć przez 2 godziny moja twarz zachowa estetyczny wygląd bez efektu ściekającego oleju.



Moja praca wymaga ode mnie estetycznego i zadbanego wyglądu. Nie biorę nawet pod uwagę, że podkład będzie mi spływał, warzył się czy wchodził w coraz liczniejsze zmarchy:) Ukochany podkład już mam i na razie nie mam zamiaru szukać dalej. Kochamy się i mam nadzieję, że ta miłość będzie trwała:) Potrzeba mi było jeszcze filtru, który nie popsuje efektu działania podkładu i pudru wykończającego. Podkładu, który nie dość że zabezpiecza, ale jeszcze dodatkowo tworzy zgrany team z kolorówką.

I znalazłam:)




Wreszcie po nałożeniu flitra na twarz nie czuję tłustej warstwy, która odbija promienie słoneczne niczym lustro. Krem bardzo szybko się wchłania pozostawiając twarz satynową. Nie ma co liczyć na całkowity mat, przynajmniej w przypadku skóry mieszano-tłustej. Ale dla osób o cerze suchej i normalnej bioderma może okazać wybawieniem. No i ważne jest, że nie otrzymamy efektu córki młynarza po aplikacji, ponieważ Bioderma jakoś szczególnie nie bieli. W początkowej fazie mamy oczywiście rozbieloną skórę, ale już po chwili wszystko ładnie się wchłania.

Po porannym przemyciu twarzy micelem nakładam na twarz tylko i wyłącznie Biodermę. Moja buzia nie lubi dodatkowych warstw kremów. Wyznaję zasadę, że o twarz należy dbać w nocy, a w dzień trzeba ją chronić. Po 5-10 minutach nakładam podkład i utrwalam pudrem. Buźka wygląda świetnie! Pierwsze świecenie zaczyna się wybijać po 3-4 h. Poprawiam bibułką lub pudrem i znów jest elegancko. Najważniejsze, że podkład nie spływa z twarzy, nie waży sie ani nie ciemnieje. Bioderma + Revlon to mój duet idealny. Aczkolwiek postanowiłam ukłonić się naturalnej stronie kosmetyków i kupiłam sobie naturalny filtr John Masters Organic.

Filtr chemiczny zastosoawany w Biodermie to Parsol. Niestety jest on destabilizowany przez talk, mikę (mica), dwutlenek tytanu (titanium dioxide), tlenek cynku (zinc oxide), tlenki żelaza (iron oxide) i inne pigmenty nadające barwę kosmetykom (oxide w nazwie). Revlon posiada te składniki, co prawda na samym końcu składu, ale jednak. Dlatego szukam godnego zastępcy dla Biodermy, bo de facto moje ulubione połączenie filtra i kolorówki  pozbawia krem funkcji ochronnych. Jednak mimo teoretycznej destabilizacji latem nie opaliłam się, skóra na twarzy nie uczuliła się na słońce, nie powstały żadne plamy posłoneczne. O piegach się nie wypowiem, bo jest ich taka masa, że jedna setka w tą czy w tamtą róznicy nie robi. Ale pewnikiem jest, iż piegi nie ściemniały.

Ze swojej strony polecam ten krem, naprawdę warto go przetestować.

Skład:
Water (Aqua),
Dicaprylyl Carbonate- emolient, nawilża, zmiękcza i wygładza naskórek poprzez tworzenie warstwy okluzyjnej
Octocrylene,-stabilny na temperaturę i promieniowanie UV filtr chemiczny, który odkłada się na skórze i absorbuje promienie słoneczne. Nie działa hormonalnie na organizm ludzki, tak jak inne chemiczne filtry przeciwsłoneczne. Jedyny filtr chemiczny, który jest tolerowany w kosmetykach naturalnych.
Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol- Tinosorb M- stablilizator Parsolu, fotostabilny filtr przeciwsłoneczny
Butyl Methoxydibenzoylmethane- Parsol- niestabilny filtr chemiczny
Tridecyl Salicylate- emolient o działaniu przeciwzapalnym, złuszczającym martwe komórki naskórka i przeciwłojotokowym
Tocopheryl Acetate- witamina E w formie estru, przeciwutleniacz
Ectoin-naturalna cząsteczka o działaniu ochronnym i nawilżającym otrzymywana z ekstremofilów
Mannitol- alkohol cukrowy,wykazuje dziłanie bakteriostatyczne, reguluje pracę gruczołów łojowych, nawilża. Aprobowany do stosowania w kosmetykach naturalnych
Xylitol- alkohol cukrowy
Rhamnose- zalicza się do prebiotyków,pozyskiwana z kwiatow uncarii substancja cukrowa Fructooligosaccharides-
Laminaria Ochroleuca Extract, -gatunek powszechnej algi bogatej w sole mineralne, alginiany, węglowodany. 
Glycolic Acid,-kwas glikolowy lub tzw. AHA - α-hydroksykwasy. Ma działanie złuszczające i wygładzające. 
Ginkgo Biloba Leaf Extract- Ekstrakt z liści miłorzębu japońskiego.Poprawia jędrność i elastyczność skóry, wzmacnia naczynia krwionośne. 
Dodecyl Gallate- naturalny przeciwutleniacz 
Decyl Glucoside- emulgator oraz łagodny odpowiednik  SLS-ów, charakteryzuje się łagodnym działaniem myjąco-oczyszczającym. 
C20-22 Alkyl Phosphate- emulgator 
C20-22 Alcohols- mieszanina alkoholi tłuszczowych, składnik konsystencjotwórczy, stabilizator emulsji 
Xanthan Gum-  zagęstnik, zwiększa lepkość preparatu 
Propylene Glycol- Humektant, zapobiega wysychaniu masy kosmetycznej przy ujściu butelki, tuby 
Citric Acid- kwas cytrynowy, wpływa na zwiększenie trwałości oraz stabilności 
Caprylic/Capric Triglyceride- emolient tłusty,substancja tłuszczowa, dzięki czemu ułatwia poślizg przy aplikacji preparatu, więc poprawia właściwości użytkowe. 
Sodium Hydroxide- Regulator pH 
Disodium Edta,-pełni funkcje stabilizatora, zapobiega zmianie barwy i zapachu kosmetyku 
Chlorphenesin -konserwator 
Phenoxyethanol-konserwator 
Fragrance (Parfum)


Odkrycie roku- lakier Wibo.


Korzystając z zakończonej już promocji - 40% w Rossmannie, kupiłam sobie lakier, na który wcześniej z pogardą patrzyłam. Pogarda nie była spowodowana ceną, ale urojonym przeświadczeniem o niemożliwości utrzymania się lakieru z niskiej półki cenowej na moich pazurkach. Zaufałam Essie i Opi, bo tylko one potrafiły utrzymać się dłużej niż dwa dni na moich paznokciach. Inglot odpryskiwał już w w dniu malowania. To była moja największa porażka. Ostatecznie stwierdziłam, że koniec z taniością, pozostaję wierna zwłaszcza Essie. W Rossmannie nie raz patrzyłam na Wibo, zwłaszcza po przeczytaniu pozytywnych opinii na blogach. Jakoś jednak nie podjęłam wyzwania i nie włożyłam żadnej buteleczki do mojego koszyka. Co ciekawe, bez wahania kupię lakier za 35-50 zł, ale zawsze żałuję tych 7 zł na tańszą wersję. Tym razem postanowiłam zaryzykować i w ten sposób stałam się właścicielką Wibo Glamour nails nr 2.





Na zdjęciach widzicie lakier po czterech dniach noszenia. Widać odrost, widać starte końcówki, ale odprysków nie widać! La, la, la :) Czyż to nie cudnie? Lakier, za który zapłaciłam 3,5 zł trzyma się na pazurkach lepiej niż Opi! Do tego zmywa się bezproblemowo. Troszkę się bałam, że te drobineczki nie będą tak łatwo chciały się odczepić od płytki. Jednak obawy okazały się bezpodstawne. Mam ochotę na inne kolory!





Kolorek idealnie pasuje do jesiennych klimatów. Śliczny jasny brązik, ze złotymi drobinkami, które prześlicznie się mienią w nielicznych promieniach słonecznych. Kocham ten odcień!

Na zdjęciach widzicie dwie warstwy Wibo + Essie good to go, do którego znów wróciłam.





Jedynie mam zastrzeżenia do pędzelka, jest wąziutki i niezbyt przyjemnie nakłada się nim warstwy lakieru. No cóż, jak już przyzwyczaiłam się do genialnych pędzelków od Essie, to teraz ciężko będzie mi znaleźć coś równie dobrego.Jednak biorąc pod uwagę grosze, które za niego zapłaciłam, jestem w stanie przymknąć oko na tę niedogodność.




Mam dziewczyny do was pewną prośbę. Chciałabym kupić mojej nastolatce pod choinkę zegarek w stylu Genevy. Złoty, z dużą tarczą, do którego ładnie będą pasować bransoletki w stylu Mokobelle. Zegarek max. do 70 zł. Możecie coś polecić?




YSL Volume Effet Faux Cils Mascara- z fioletem mi nie do twarzy



Maniakalnie poszukuję idealnego tuszu do rzęs. Kilkakrotnie byłam już bliska odkrycia świętego Graala. Kilkakrotnie wydawało mi się, że już znalazłam i poszukiwania zostały zakończone. Niestety, za każdym razem okazało się, że to tylko chwilowa satysfakcja i po początkowej euforii, następowało trzeźwe spojrzenie krytycznym okiem. 

Mój wymarzony tusz musi z moich lichych rzęs robić cuda. A co tam, jak płacę, to wymagam. Moje rzęsy mają być pogrubione, wydłużone, nieposklejane. Tusz powinien dobrze się zmywać, w ciągu dnia nie kruszyć się i nie odbijać na górnej powiece. Czy naprawdę tak dużo wymagam? :)

Wzięłam w obroty YSL  Volume Effet Faux Cils w wersji fioletowej. Tusz w nazwie zawiera magiczne dla mnie słowo, które działa na mnie jak czerwona płachta na byka- VOLUME. Zawsze ulegam obietnicy objętości. Nie zawsze te obietnice zostają dotrzymane.

Lato się zbliżało, chciałam kolorystycznie zaszaleć i podkreślić zieleń moich oczu. Czego to kobieta nie robi, gdy promienie słoneczne coraz bardziej przygrzewają:)




Tusz zamknięty jest w ślicznej, złotej obudowie. I jak taka sroczka jak ja miała spokojnie przejść obok tego cuda, które z daleka do mnie mrugało w światłach drogerii. Och, lubię złoto w każdej postaci:)

Produktu mamy 7,5 ml, więc standardowa objętość. Zawsze żałuję, że producenci nie oferują swoich kosmetyków w mniejszych pojemnościach. Tyle kosmetyków do przetestowania, a życie tak szybko upływa:)




Kolorek tuszu to Violet, nr 4. Szczerze mówiąc, jest to bardzo delikatny odcień. Fiolet pojawia się przy mocnym słonku lub gdy dobrze się przypatrzymy. Bardzo mnie to ucieszyło, bo jakoś nie przepadam za kolorowymi tuszami. Chciałam spróbować, kupiłam, przetestowałam no i wiem teraz, jak to jest być wymalowaną fioletowym tuszem:)



Tusz jest świetny. Jedna warstwa wystarcza, aby ładnie podkreślić oko, dwie dają już efekt całkiem nieźle pogrubionych rzęs. Jednak dla mnie to wciąż za mało teatralny efekt. Ja lubię mega mocno podkreślone rzęsy. Wtedy wystarczy jeszcze kreska, delikatny róż, ładna pomadka i makijaż w 5 minut gotowy.
Dla osób, które wolą ładnie umalowane rzęsiska bez efektu teatralności, ten tusz będzie idealny.

Rzęsy nie są posklejane, tusz się nie osypuje w ciągu dnia i bardzo łatwo się zmywa. Z całego serca polecam, warto spróbować.

A tak prezentuje się na moich oczętach:)


















Ponieważ nie czuję się dobrze w tym kolorze, puszczę ten egzemplarz dalej w świat.
Jeśli chcecie spróbować się zmierzyć z fioletem na oczkach zapraszam. Tusz ląduje na wyprzedaży już dziś.

Essie Watermelon- na przekór jesieni


Dzisiejszy post będzie o moim ukochanym lakierze. Kocham go nie tylko za piękny, intensywny odcień, ale również za uśmiech, który zakwita na mojej twarzy za każdym razem, gdy spojrzę na swoje paznokcie nim umalowane. Toż to czysta radość zamknięta w maleńkiej buteleczce.



Essie- Watermelon


Wiem, wiem, niezbyt pasuje do aury za oknem. Teraz odpowiedniejsze są bardziej stonowane kolory. Ale trochę radości w tak pochmurne dni należy nam się. I skoro otaczający świat nie chce nam dostarczyć odrobiny koloru, to należy samemu się zaopatrzyć w wesołego umilacza.



Essie- Watermelon


Essie Watermelon to bardzo piękny odcień różu z delikatnymi i bardzo nienachalnymi drobinkami. Taki landrynkowy słodziak, aż ma się ochotę go zjeść. Lakier kryje wyśmienicie, wystarczy jedna warstwa, żeby dokładnie pokryć całą płytkę. Dwie warstwy zapewnią pazurkom nieskazitelny look. 

  


Essie- Watermelon



Watermelon, tak jak większość Essiaków, nakłada się wspaniale, dzięki szerokiemu pędzelkowi. Trzyma się na moich paznokciach około 4 dni bez większych poprawek. Jak na moje możliwości, to naprawdę niezły wynik. Paznokcie mam wymagające naprawy. Straszliwie mi się rozdwajają. Kupiłam już i stosuję odpowiednie panaceum. Po miesiącu zdam relację z jego skuteczności.








Estee Lauder Sumptuous- całkiem przyzwoity tusz.


Tusz Estee Lauder Sumptuous od bardzo dawna mnie nęcił. Czytałam wiele pochlebnych opinii i nie raz trzymałam go już w ręku z zamiarem kupna. Ale w drodze do kasy przychodziło zwątpienie. Dopiero, gdy w Douglasie za 39 zł można było kupić miniaturkę tuszu w zestawie z błyszczykiem, ostatecznie zdecydałam się na zakup. Za małe pieniądze można przetestować dwa kosmetyki, co bardzo sobie chwalę. Dzisiaj zacznę od tuszu.










Producent obiecuje efekt pogrubienia i podkręcenia rzęs. I te dwa efekty są dla mnie zawsze kluczowymi przy wyborze tuszu. Lubię mieć mocne oko.

Po pierwszej próbie wrzuciłam tusz do kosmetyczki z rozczarowaniem, żadna z obietnic nie została spełniona. Rzęsy były nijakie, krótkie, dużo im brakowało do efektu teatralnego, a właśnie na taki liczyłam. No cóż, przynajmniej drogi nie był, 39 zł można przełknąć. W koszyku tusz leżakował sobie i nabierał mocy. Po dwóch tygodniach znów po niego sięgnęłam i to co uzyskałam za jego pomocą, zadowoliło mnie na tyle, że dałam mu szansę.






Rzęs nie rozczesywałam, żeby najdokładniej pokazać uzyskany efekt. Zostały one pogrubione i ślicznie podkręcone. Rzęsiska sięgają wysoko, nie są straszliwie posklejane. Tusz bardzo łatwo się zmywa, nie podrażnia oczu. Warto spróbować. Muszę jeszcze nałożyć go na bazę, bo bardzo jestem ciekawa, jak się zachowa.